W „królestwie kokainy”, czyli kolumbijskim Medellin po śmierci narkotykowego bossa Pablo Escobara tysiące dzieciaków traci pracę płatnych morderców. Teraz włóczą się z bronią w ręku, a zabicie człowieka to dla nich drobnostka. By ochronić się przed wrogami modlą się do Matki Boskiej.
Niskobudżetowy, nakręcony w zaledwie 9 dni Mój czarodziej(My Magic) Erica Khoo przedstawia szorstką rzeczywistość, w którą wkrada się odrobina magii. Świat staje się mniej wyzuty z uczuć, a opowiadaną historię stać nawet na przewrotny happy end.
Mój czarodziej(My Magic) mówi o trudnej relacji zapijaczonego ojca z 14-letnim synem. Mieszkają w Singapurze choć ich korzenie sięgają Indii. Tam też miałaby przebywać matka chłopca, której nigdy nie widział, a której mu brak. Mimo to charakteryzuje go wewnętrzna siła dzieckiem, która pozwala mu zadbać o samego siebie (np.: za pieniądze odrabia kolegom zadania domowe, dzięki czemu stać go na lunch), podczas gdy ojciec włóczy się po knajpach, albo śpi. Jednak i mężczyzna – wielki, ociężały Tamil – nie jest postacią jednowymiarową i jego pijaństwo jest rezultatem bolesnych przeżyć. Nie jest bezmyślnym brutalem, który po wypiciu wpada w szał. Z drugiej strony to właśnie alkohol stoi na przeszkodzie do wspólnego porozumienia z synem.
Zwrot w tej kameralnej historii następuje w momencie, gdy mężczyzna postanawia odstawić butelkę na bok i skupić się na wychowywaniu syna. Jednocześnie jego sztuczki iluzjonistyczne (i nie tylko) zostają dostrzeżone przez właściciela knajpy, w której pracuje, przez co mężczyzna ma szansę zarobienia znacznie większych pieniędzy. Oczywiście wszystko to z myślą o synu, który jest pilnym uczniem i marzy o pójściu na studia. Mimo tej radykalnej zmiany w ich życiu – nawiązanie więzi, finansowa stabilizacja – nie ma tu miejsca na sielską atmosferę. Przypominają o tym chociażby odrapane ściany mieszkania, czy bylejakość otaczającego świata. Do tego ceną, jaką przychodzi mężczyźnie zapłacić, jest fizyczny ból, którego dostarczają jego sztuczki (np.: gięcie miecza przystawionego na szyi, skakanie po potłuczonych butelkach, gryzienie żarówki). I mimo znaczącej poprawy relacji ojca z synem, wyczuwalna jest też unosząca się nad bohaterami atmosfera zagrożenia, niepewności tych „sielankowych” chwil. Mężczyzna nie tylko zmagać się musi z torturami, które sobie zadaje, ale również z bólem, który nosi w sercu, a który wywołuje brak ukochanej żony. Chłopiec, podobnie jak widz, nie wie w zasadzie, co się stało z jego matką. Ojciec mówi mu, że wróciła do Indii, ale nie podaje żadnej przyczyny. Chłopiec nie wie czy to z powodu pijaństwa ojca, czy może wina leży po jego stronie. Faktem jest to, że obaj cierpią z tego powodu.
Z czasem ojciec stanie się dla syna bohaterem, któremu zaufa i którego pokocha. Chłopiec nauczy się od niego kilku magicznych sztuczek, które następnie wybawią go z problemów. My magic nie idzie jednak w kierunku sentymentalizmu i wkrótce wiszące nad bohaterami czarne chmury, dadzą o sobie znać. Sadystyczny gangster zażyczy sobie prywatnego pokazu, podczas którego testować będzie wytrzymałość otyłego Tamila. Jednocześnie ten wątek stanowi najsłabszy punkt filmu Erica Khoo. Jest on mało wiarygodny i zupełnie nielogiczny. Bohater po przemianie, która zachodzi w nim po zerwaniu z alkoholem, stawia sobie za cel wychowanie syna i zapewnienie mu godziwego życia. Stąd masochistyczna praca w klubie, która poza realnym bólem przynosi również konkretne pieniądze. Trudno więc uwierzyć, że ojciec, który chce być u boku syna i dbać o niego, będzie ryzykował życiem dla pieniędzy. W końcu jeśli umrze, kto zajmie się chłopcem? Brak tu logiki, a motywacja zdobycia dużych pieniędzy, mimo że uzasadniona, zdaje się być niewiarygodna. No ale bohater z własnej woli poddaje się okrutnym torturom, przez co kameralny dramat unikający sentymentalizmu, kieruje się w stronę taniego patetyzmu. W końcu widz nie jest głupi i wie, że tak heroiczny czyn (oddanie życia w ręce sadystycznego gangstera, by zdobyć pieniądze dla syna) musi prowadzić do tragicznej śmierci. Eric Khooprzeciąga jeszcze agonię mężczyzny, by rozwiązać zagadkę zniknięcia żony i zarazem matki chłopca. I tu mimo wyraźnie tragicznego zakończenia, paradoksalnie pojawia się miejsce na happy end.
W Moim czarodzieju (My Magic) Eric Khoostworzył ciekawą historię trudnej, ojcowsko-synowskiej relacji, unikając przy tym zbędnego sentymentalizmu. Przeciwnie rzeczywistość jawi się jako dość okrutna, osadzona w byle jakich wnętrzach, ulicach singapurskiej metropolii. Doskonała przestrzeń do budowania historii o miłości, która unosi się ponad brudny i nieprzyjazny świat. Grzechem jest jednak, że Khoo wpadł w pułapkę epatowania patetyzmem i tworzeniem postaci większej niż życie w filmie, w którym wszystko zdaje się być niezwykle realistyczne. Przez to wielowymiarowa postać ojca (doskonale zagrana przez naturszczyka i zarazem prawdziwego „magika” Francis Bosco) traci na wiarygodności. I nie chodzi tylko o ostateczne oddanie się sprawie (zdobyciu pieniędzy), ale także o jego nadzwyczaj czystą moralność (wątek z prostytutką).
Mój czarodziej (My Magic) nie jest może najlepszym z obrazów Erica Khoo (tutaj recenzja Be With Me), ale na pewno godnym uwagi – mimo wszystko jak na tak krótki czas realizacji, efekt pozostaje imponujący.
Przeczytaj recenzje pozostałych filmów Erica Khoo: