The Living End | benshi MAGAZYN FILMOWY - kino, recenzje, filmBenshi
Niedorzeczna tajska komedia o transseksualnym agencie walczącym z najczarniejszym z czarnych charakterów. Szczwany jak lis, seksowny jak facet przebrany za kobietę, czarujący jak tanie melodramaty agent Iron Pussy to wzór cnót i wszelkich zalet. Niestety zakochuje się w złoczyńcy, którego ściga.
The Living EndGregga Arakiego jest filmem swoich czasów. Temat, który porusza w latach 90. XX wieku był na ustach wszystkich, będąc jednocześnie palącym problemem społeczeństw świata Zachodu. Na przestrzeni dwóch dekad obyczajowość zmieniła się znacznie, więc The Living Endnie wzbudza już takich kontrowersji jak niegdyś. Czy coś jeszcze zmieniło się w odbiorze filmu Arakiego?
Mottem jednego z bohaterów jest dosadne „fuck the world”, które z biegiem wydarzeń stanie się niejako mottem całego filmu. Zbuntowany, niepoprawny i drażniący społeczne konwenanse, które dają złudne poczucie bezpieczeństwa – taki jest The Living Endery AIDS. Bowiem lata 80. i 90. to czas ogólnej paniki Amerykanów, a jednocześnie lekceważącego „nic-nie-robienia” republikańskiego rządu (co Araki wytyka w dialogach oraz napisach końcowych). Tajemniczy wirus HIV i AIDS, czyli choroba do której mógł prowadzić, były przerażającą niewiadomą, na którą reagowano strachem, agresją, czy rezygnacją. Z tymi emocjami spotykają się bohaterowie niezależnego filmu Gregga Arakiego. Luke (włóczący się buntownik w skórzanej kurtce) i Jon (przeintelektualizowany krytyk filmowy) odmiennie reagują na wiadomość o chorobie. Luke wyznaje zasadę „fuck the world”, chcąc czerpać z życia wszystko, czego tylko zapragnie – nawet jeśli wiąże się to z łamaniem prawa. Ten niedojrzały bunt wiąże się z totalną rezygnacją, złudnym pogodzeniem się z własnym losem, czyli śmiercią, która może przyjść za miesiąc, albo za 10 lat. Tego podejścia do choroby nie podziela Jon, który czuje się jednak zagubiony i przerażony niewiadomą, jaką jest posiadanie wirusa.
Drogi bohaterów przecinają się przez przypadek i od tej pory mężczyźni będą wspólnie podążać przed siebie. The Living End jest w rzeczywistości filmem drogi, podczas której odmienne charaktery Luke’a i Jona będą się ścierać, by w końcu mogło dojść do zrozumienia. Luke przez cały czas stawia na bunt, wymachiwanie rewolwerem, oddawania ciosu, zamiast ucieczki lub nadstawiania drugiego policzka. W istocie jednak jest to powierzchowna pewność siebie, za którą kryje się to samo zagubienie, którego doświadcza Jon. W finale ich wspólna droga (ta duchowa) zdaje się nie dochodzić do żadnego jasnego rozwiązania i jedyne co mężczyznom pozostaje to ich wzajemna więź. Bunt nie jest wyjściem z beznadziejnej sytuacji, a od walenia głową w mur, boli tylko głowa. Stąd, by istnieć w świecie chaosu i społecznej alienacji, bohaterom nie pozostaje nic innego niż pozostać razem i wzajemnie się wspierać.
Jakie to ma znaczenie teraz? Czasy się zmieniły i społeczna panika przed AIDS należy już do przeszłości. Nadal jednak pozostaje bezradność i zagubienie chorych, którzy nie mają pewności co czeka ich w przyszłości. Tu jednak film Arakiego zdradza swą wielką słabość. Brak tu dramatycznego kręgosłupa. Jedyne co pozostaje to temat, który niegdyś elektryzujący, teraz nie budzi wielkich emocji. A nawet w czasie premiery The Living End zbierało przeciętne oceny, choć film narobił dużo szumu, wzbudzając niemały skandal. Prawdą jest jednak, że ten niezależny i w zasadzie skromny film grzeszy czymś więcej niż tylko kontrowersyjnym ujęciem tematu. Obyczajowość zmieniała się, więc gejowski seks nikogo już nie rusza, a słabe aktorstwo, brak ciekawego scenariusza, złożonych postaci pozostają nadal. Obraz Arakiego po prostu nuży, czasem irytuje swą pretensjonalnością włożoną w usta płytkich postaci, które rozmawiają ze sobą, jakby nie wierzyły nawet w to, co mówią. Cały film jest niczym niedojrzały bunt Luke’a, który „wykrzykuje” spray’em na ścianie „fuck the world”. A porównanie do Thelmy i Luise (1991) Ridley’a Scotta jest powierzchowne i śmieszy.