Wielowątkowa historia o ludziach zapatrzonych w siebie opowiedziana z nadzwyczajną lekkością i szczyptą humoru. Doskonały scenariusz, świetne dialogi, wyśmienite kreacje i mistrzowsko nakreślone ludzkie charaktery!

Więcej …
SEARCH
Reklama
Wejdź w zakładkę 'archiwum' i pobierz dowolny numer magazynu w PDF, bądź kliknij niebieski button poniżej i ściągnij ostatnie wydanie benshi.
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Shortbus

shortbus1

Niezależny Shortbus Amerykanina Johna Camerona Mitchella u większości widzów niewątpliwe wzbudzi kontrowersje. Jest tu masa golizny, bez ogródek ukazywany seks (w najróżniejszych wariantach i z każdym detalem), a nawet kontrowersyjna z amerykańskiego punktu widzenia scena śpiewu hymnu narodowego podczas igraszek męskiego trójkąta. Automatycznie narzuca się pytanie: czy poza skandalem, film ten ma do zaoferowania coś jeszcze?

Przy recenzowaniu tego typu dzieła, spotkać się można z dwoma zarzutami. Jeśli się je pochwali, odezwą się zgorszeni puryści, którzy w filmie widzieć będą źródło zgorszenia, a w recenzencie jego ofiarę lub co gorsza piewcę. Krytyka obrazu spotka się zaś z zarzutem homofobii, purytanizmu, zaściankowości, czy nawet braku wrażliwości na sztukę, która w dosadny sposób mówi o rzeczach ważnych. Ani do purystów, ani do homobów nie należę, a skandal nie przesłania mi wcale widoku tego, co jest istotą filmu. A esencją Shortbus jest coś tak banalnie pretensjonalnego, że z filmu nie zostaje nic poza oczywistą kontrowersją i gromadą dziwacznych, acz niezbyt nieciekawych postaci drugoplanowych.

shortbus4

Shortbus otwiera sekwencja złożona z animowanej i trójwymiarowej mapy Nowego Jorku (poczynając od pełnej znaczeń Statuy Wolności), którą przeplatają krótkie ujęcia live-action. Kamera przelatuje nad animowanymi kwartałami ulic, by nagle wtargnąć do przypadkowego okna i pokazać nam kto tam żyje i co robi (tu przestrzeń i postaci są prawdziwie namacalne). W ten sposób poznajemy głównych bohaterów, do których należą: Sofia (doradca małżeński i sporadycznie seksuolożka), James i Jamie (para gejów próbująca otwartego związku) oraz domina Severin, smagająca batem „niegrzecznych chłopców”. Do tego dochodzą postacie drugoplanowe jak mąż Sofii, podglądający parę gejów Caleb, czy Ceth – model o chłopięcej urodzie, który dołącza do życia seksualnego obu Jamesów.

Oczywiście jak na tragikomedię przystało potrzebny jest przewrotny dramat, który mimo swej powagi budzić ma również śmiech. I tak każda z postaci ma problem, z którym stara się uporać. Sofia mimo że zawodowo doradza innym parom, sama nie jest szczera z mężem Robem, udając przed nim orgazmy. Jest to jej osobista tragedia, bo, jak mówi, nigdy jeszcze nie zaznała błogości „królestwa orgazmu”. Jej mąż zaś ma m.in. kompleksy z  powodu braku pracy, przez co czuje się, jakby nic nie znaczył. Jednocześnie ma ochotę na seksualne eksperymenty, o których Sofii nigdy nie wspominał (a których w końcu bez jej wiedzy doświadczy). Severin – odbierana za dziwaczkę – mimo, że podczas pracy wciela się w rolę dominy, w rzeczywistości jest introwertyczką, bojącą się nawiązać emocjonalny kontakt z drugim człowiekiem. Przy okazji ma artystyczną duszę: przypadkowym osobom robi zdjęcia, które następnie okrasza jakąś celną uwagą.

shortbus3

Dochodzimy w końcu do pary gejów o tym samym imieniu, którzy są dla siebie niczym odbicie krzywego zwierciadła. Otwarty Jamie kocha swego partnera i jest w stanie zrobić dla niego wszystko, nawet zaakceptować innych mężczyzn. James mimo, że odwzajemnia uczucia Jamiego, nie potrafi poradzić sobie ze swoją depresją, planując samobójstwo. Jednocześnie przygotowuje dla partnera eksperymentalny film, który nie tylko będzie pożegnaniem, ale ma również utwierdzić go w przekonaniu, że nie ma się o nic obwiniać. Dość pokręcona logika, ale załóżmy, że damy wiarę takiej "pokręconej" postaci.

Wszyscy bohaterzy spotykają się w nowojorskim klubie Shortbus, który jest w rzeczywistości prywatnym mieszkaniem charyzmatycznego lidera wszelkich „odmieńców” i szukających swego miejsca na świecie „zagubionych duszyczek”. Oprowadzając Sofię po swym królestwie rozpusty, a jednocześnie intelektualnych i artystycznych uniesień, Justin Bond (prawdziwy genderqueer w roli samego siebie) mówi, że jest to miejsce dla ludzi, którzy czują się inni niż reszta społeczeństwa. Tu właśnie mają możliwość bycia sobą i spotkania podobnie zwariowanych osobowości. Wskazując na salę, w której odbywa się grupowa orgia przyznaje, że panuje tu klimat jak w latach 60., tylko mniej tu nadziei (o co pewnie obarczyć należy Busha). W innym pomieszczeniu odbywają się projekcje nudnych filmów, o których następnie się dyskutuje, by ludzie mogli poczuć się bardziej intelektualni. Oczywiście panuje zasada: im film nudniejszy, tym lepiej. Paradoksalnie dotyczy to samego dzieła Mitchella.

Wystarczą dwie, trzy sceny bezpruderyjnego seksu, onanizmu, czy ejakulacji, by kolejne przestały budzić większe emocje. Skandal zostaje oswojony i bez zbędnego rozpraszania uwagi „ekscesami” można się w końcu skupić na treści. A jej prawie nie ma. Jest kilka „scenek rodzajowych”, pomysłów na gagi, które jednak nie są w stanie zastąpić pełnokrwistej komedii, a wartość dramatu jest znikoma. Wszystko jest płaskie i przypadkowe, choć ukrywane pod płaszczem, czegoś wyjątkowo istotnego. Zdaje się, że Sofia odkrywa nagle, że do pełni szczęścia w jej życiu brakuje spełnienia w seksie, czyli zakosztowania upragnionego orgazmu. Stąd w mgnieniu oka otwiera się przed obcymi ludźmi z klubu Shortbus, choć pewnie ośmiela ją ich nieskrępowana postawa do wszelkich spraw, w tym seksu przede wszystkim. Co dziwne później zdziwiona jest, że wszyscy szepczą za jej plecami: „to ta kobieta, która nie ma orgazmu”. Problem Sofii sięga rozmiarów antycznego dramatu, choć dramaturgicznie wcale nie posuwa się do przodu. Są „błyskotliwe” rozmowy o niczym, które tylko starają się być tak zabawne i swobodne, jak dialogi z filmów Woody’ego Allena. Mitchell dość topornie wprowadza elementy komediowe, które zabawne jednak nie są. W jednej ze scen Sofia masturbuje się, leżąc na podłodze ciasnej łazienki, w której wszystko przeszkadza jej w zaznaniu rozkoszy. To ściana za blisko, to waga, to zbyt głośna muzyka zza drzwi. Inna równie „zabawna” scena przedstawia jak wymachując na oślep rękami i nogami powala innych bywalców klubu. A powodem jest wibrujące jajko w jej łonie, zdalnie kontrolowane przez nieświadomego zamieszania Roba. Dość wysilony dowcip, a wykonanie sztuczne.

shortbus2

John Cameron Mitchell sam zapowiadał, że jego celem jest zaszokować widza przez stworzenie filmu o seksie bez żadnych tabu (po premierze w USA żałował nawet, że nie było przed kinem pikiet). To mu się na pewno powiodło, ale czy to jednak nie za mało? Czy sceny, które dotąd pojawiały się tylko w filmach pornograficznych (tylko, że tu bez tej znamiennej funkcji podniecania widowni), a dzięki Mitchellowi zaistniały w kinie podczas zwyczajnych seansów, przesądzają o wielkości, czy chociażby wartości Shortbus? To chyba jednak trochę za mało. Shortbus nie porusza istotnych kwestii, a nawet potencjał „małych” dramatów, które wszak dla bohaterów wcale nie są małe, nie został wykorzystany. Nie ma tu praktycznie pełnej struktury dramatycznej, która jest też podstawą komedii. Postacie są dość płaskie, a słaba gra aktorska tylko to uwydatnia. I co z tego, że reżyser miesiącami przygotowywał się do realizacji filmu, że z całą ekipą zaangażował się bez reszty (co ukazują sceny prawdziwego seksu między aktorami), jeśli w efekcie powstał tylko film. W końcu Ed Wood też robił filmy i miał do nich ogromną pasję.

Najbardziej pretensjonalne i beznadziejne są momenty, w których wspomina się o wojnie w Iraku, czy ukazuje Ground Zero jako tło perwersyjnych zabaw Severin i jej klienta. Za oceanem mówi się, że film Mitchella odmalowuje nastroje Amerykanów, a przede wszystkim nowojorczyków po latach prezydentury Busha, wydarzeniach z 11 września, czy w końcu wojnie w Iraku. Że film ukazuje jak ludzie bardzo potrzebują oddechu od całego tego zamieszania. Bez względu na to jak taka interpretacja jest zasadna, film nadal pozostaje przeciętnym zlepkiem scen wypełnionych nikłą treścią, bogato zilustrowaną dosłownym seksem (z przewagą seksu homoseksualnego).

Efekt jaki Shortbus wywoła jest jednak oczywisty. Nawet nie trzeba go oglądać, by wiedzieć, że większość odwróci się od filmu Mitchella, czując zgorszenie, albo będąc oburzona scenami tak niecodziennymi dla kina głównego nurtu. Z drugiej strony znajdzie się grupa odbiorców, którzy bronić będą zasadności kontrowersyjnych momentów, które po pięciu minutach nie robią już tak naprawdę żadnego wrażenia poza wrażeniem nudy. A banalną i pretensjonalną wręcz treść filmu, bronić będą jako istotne odmalowanie dramatów współczesnej kultury. Jedno jest pewne – sztuczka filmowa Mitchella jaką jest Shortbus powiodła się znakomicie, skoro obraz już uznaje się za kultowy, a w najnowszym dziele reżysera (Rabbit Hole, 2010) wystąpili tacy aktorzy jak Nicole Kidman, Aaron Eckhart, Sandra Oh, czy Dianne West.

Film dostępny w polskiej dystrybucji.

Shortbus
John Cameron Mitchell
2006