Kondory Wschodu | benshi MAGAZYN FILMOWY - kino, recenzje, filmBenshi
Niezależny Shortbus Amerykanina Johna Camerona Mitchella u większości widzów niewątpliwe wzbudzi kontrowersje. Jest tu masa golizny, bez ogródek ukazywany seks (w najróżniejszych wariantach i z każdym detalem), a nawet kontrowersyjna z amerykańskiego punktu widzenia scena śpiewu hymnu narodowego podczas igraszek męskiego trójkąta. Automatycznie narzuca się pytanie: czy poza skandalem, film ten ma do zaoferowania coś jeszcze?
Kondory Wschodu (1987) mimo że opierają się na kilku amerykańskich kliszach, nie są wcale tanią podróbką. Wręcz przeciwnie. To jeden z najlepszych filmów akcji, który powstał w złotym okresie hongkońskiego kina lat 80. W projekcie wzięły udział takie sławy jak: Sammo Hung, Biao Yuen, Corey Yuen, Woo-ping Yueni legendarny producent wytwórni Golden Harvest Raymond Chow. Wszystkie te nazwiska znacząco wpłynęły na ostateczny kształt obrazu.
Główny wątek fabularny nawiązuje do klasycznego filmu wojennego Parszywa dwunastka. Także tutaj pojawia się tuzin kryminalistów, którzy pod komendą niezniszczalnego pułkownika wykonać mają „mission impossible”. Czasy są jednak inne - terenem walk staje się wietnamska dżungla. Specjalnie wybrani do misji „Kondory Wschodu” amerykańscy więźniowie o azjatyckim typie urody muszą odnaleźć i wysadzić ukryty w górach magazyn. Znajduje się w nim ogromny ładunek rakiet bojowych, porzuconych przez amerykańskie wojsko podczas odwrotu.
Tuż po zrzucie parszywej dwunastki nad tropikalną dżunglą pułkownik dowiaduje się o odwołaniu misji. Mimo to w poczuciu odpowiedzialności wyskakuje z samolotu, by dołączyć do reszty. Już w tym momencie mamy do czynienia ze specyfiką hongkońskich produkcji – dziwaczne połączenie komizmu z patosem. Jąkający się komandos ginie spadając na ziemię, ponieważ licząc do dwudziestu nie zdążył otworzyć spadochronu - utknął przy sze... sze... szesnastu. Zabawnie głupia sytuacja w filmie potraktowana jest z całkiem serio. Uproszczenia fabularne, czy jednobarwność postaci to główne słabości większości produkcji z Hongkongu. Jednak nie to jest ważne i nie to przesądza o ich atrakcyjności. To, co istotne, to akcja, wybuchowe kaskaderskie sceny i zapierająca dech w piersiach choreografia walk (w Kondorach Wschodu „full contact”!).
Przyjemności oglądania scen akcji, jakiej dostarcza film Sammo Hungatrudno szukać w amerykańskich produkcjach tamtego okresu. Szybkie tempo, perfekcyjny, przez lata doskonalony montaż, dzięki któremu adrenalina buzuje w żyłach oraz podporządkowanie cięć wymyślnej choreografii. Do tego brak poprawności politycznej, co przekłada się na masę krwi i ofiary wśród kobiet i dzieci. Kondory Wschodu mają to wszystko, a do tego jeszcze garść prawdziwie interesujących rozwiązań. Pojawia się scena gry w rosyjską ruletkę, co jest widocznym nawiązaniem do Łowcy jeleni(1978). Jednak w przeciwieństwie do filmu Michaela Cimino to nie jeńcy pociągają za spust rewolweru wycelowanego we własną skroń, ale dzieci Vietcongu, igrające życiem więźniów. Na uwagę zasługuje również postać fascynującego i przerażającego zarazem generała wietnamskiej armii. Sprawia wrażenie wysługującego się innymi, milczącego i wciąż dziwacznie chichoczącego eunucha. Jednak w finale filmu ukazuje swe prawdziwe oblicze bezwzględnego i śmiertelnie niebezpiecznego wojownika. I właśnie te sceny przynoszą największą satysfakcję, ponieważ łączą w sobie choreograficzną wirtuozerię z zaskakującym zwrotem akcji. Dzięki temu łatwo wybaczyć nachalność patosu, jaka skumulowała się w końcówce filmu.
Sammo Hung - znany jako zabawny grubasek - postanowił schudnąć do swej roli, by w akurat w tym filmie odciąć się od humorystycznych skojarzeń. Jest to jednocześnie jedna z niewielu jego ról utrzymanych w poważnym tonie.
W filmie pojawił się również niezapomniany Haing S. Ngor - nagrodzony Oskarem za kreację w Polach Śmierci (1984) Rolanda Joffe.
Kondory Wschodu dostępne są w polskiej dystrybucji na DVD.
Kondory Wschodu / Dung fong tuk ying / Eastern Condors